Zjazd? Nie, dziękuję

W połowie stycznia tego roku rozentuzjazmowana społeczność dreamlandzka zaczęła snuć wizje i plany kolejnego zjazdu Dreamlandczyków w Krakowie, gdzie w przeszłości już odbywały się tego rodzaju walne zgromadzenia obywateli naszego Królestwa. Do mnie osobiście taka forma integracji nigdy specjalnie nie przemawiała, chociaż mogłem wziąć udział w dwóch zjazdach, jakie odbyły się w 2013 roku pod patronatem ówczesnego króla – Marcina Mikołaja. Prawdopodobnie również teraz, w spotkaniu planowanym na kwiecień, nie wezmę udziału. Swoje stanowisko w sprawie delikatnej niechęci do tych wydarzeń postaram się niżej rozwinąć.

Znana mi z większości państw wirtualnych reklama głosi, że angażując się w ich życie każdy z nas ma niepowtarzalną sposobność stworzenia siebie samego praktycznie od nowa. Nigdzie nie jest bowiem powiedziane, że kreowana przez nas postać mikronacyjna musi być naszym lustrzanym odbiciem z rzeczywistości. W większości przypadków każdy mikronauta raczej zasłania swoją realną tożsamość tworząc tą mikronacyjną tak, aby nie dawała żadnych skojarzeń z realną. Z tego względu wymyślamy sobie wirtualne dane osobowe, wiek, ustawiamy przeróżne, niejednokrotnie fikcyjne avatary. Tak budujemy swoją wirtualną prezencję, projektowaną celowo pod wymogi, klimat i kulturę społeczną danej mikronacji. Tylko niektórzy, jak choćby legendarni Piotr Kościński (Hasseland) czy Robert Janusz von Thorn (Sarmacja) decydują się przenieść całego siebie do wirtualnego świata. Pytania jednak są takie, czy to nie niszczy uroku tego świata? Czy rzeczywiście ja sam chcę wiedzieć kim realnie są Kościński, von Thorn, Edward II czy jakiś inny Moczopęd? I czy chcę, by cała społeczność wiedziała, kim sam jestem, skoro celowo podejmuję kroki mające na celu stworzenie takiej, a nie innej postaci, o cechach, które mam władzę sam jej nadać? W pewnym sensie przecież takie działania mają wymiar celowej dezinformacji oraz konsekwentnej kreacji świata, który w realu przecież nie istnieje. Jeżeli więc przenoszę się jako wirtualny arcyksiążę do wirtualnego Eskalibur, w którym współprowadzę niniejszą wirtualną gazetę, to nie po to, aby czynić to pod wszystkim, co tworzy i opisuje mnie realnie. Zjazdy zrywają więc skrupulatnie budowane zasłony naszego „realnego ja”. Budowane nie z powodu wstydu przed tym, co jest ukrywane, ale z powodu tego, czym jest przecież Mikroświat.

Innym powodem, dla którego zjazdy nie cieszą się moim zainteresowaniem, jest za daleko postępująca integracja. Jej bezpośrednim następstwem bywa powstawanie koterii, relacji kumpelskich, kolesiostwa, nepotyzmu, co ma destrukcyjny wpływ na interakcje, jakie są wpisane w wirtualne życie publiczne. W wyniku zjazdów bardzo często zacierają się dystanse interpersonalne występujące w państwie wirtualnym, w którym przełożony z podwładnym, król z poddanym, pracodawca z pracownikiem stali się przecież kumplami od piwa, nocującymi ze sobą w jednym łóżku, wspólnie leczącymi kaca na następny dzień po zjeździe. Czy po ogarnięciu się i powrocie do wirtualnego życia te ekscelencje, królewskie i książęce mości i wysokości, panie i panowie, będą w stanie utrzymać relacje służbowe, zawodowe i oficjalne na poziomie sprzed zjazdu? Czy krytykowanie nowych kolegów przychodzić nam będzie z taką samą łatwością? Czy wymaganie nie zamieni się w pobłażanie? Uważam, że ryzyko rozmiękczania stosunków społecznych spowodowane zjazdami jest na tyle duże i może mieć destrukcyjny wpływ na ich intensywność, temperaturę i kulturę, że nie jestem skłonny go podejmować.

Warto również zwrócić uwagę na fakt, że im bliżej mikronauci znają się realnie tym bardziej są skłonni rozmawiać w mikronacjach o rzeczywistości realnej, nie mającej często nic wspólnego z życiem publicznym państwa wirtualnego. W pierwszych latach mojego mikronacyjnego życia obserwowałem to na kanale IRC Królestwa, gdzie stara gwardia dyskutowała o swoich paznokciach, pracy zawodowej, rozterkach, wyjazdach i innych bzdurach nie mających żadnego pokrycia w tym, co działo się wtedy w Dreamlandzie. A nie działo się specjalnie dużo, skoro większość oficjeli toczyła rozmowy o prywatnych sprawach realnych na czacie, zamiast skupić się na życiu wirtualnym na forum dyskusyjnym.

Powyższego głosu nie należy jednak odbierać jako zniechęcającego do zjazdu tych, którzy chcą się na niego udać w kwietniu, gdyż każdy bawi się tak, jak mu się podoba. Jest to jednak głos przeciwny samej idei zjazdów, które oddziałują negatywnie na życie publiczne państwa wirtualnego.