Nowa plansza utopią miłośników porządku

W trakcie kampanii wyborczej kandydat partii republikańskiej William Oxlade-Chamberlain zgłosił propozycję, którą skrótowo można nazwać uporządkowaniem mapy międzynarodowej. Polityk napisał w swoim programie wyborczym:

Będę również zachęcał do przemyślenia ram wspólnej przestrzeni. Noszę się z zamiarem zorganizowania dużego kongresu międzyrządowego z udziałem kartografów, na którym ponownie przemyślelibyśmy obecny kształt wspólnej mapy. W tej chwil 40% mikronacyjnych terytoriów to ziemie niczyje, puste plamy po wymarłych państwach lub narysowane przedszkolną kredką kontynenty-efemerydy. Opowiadam się za kompresją obecnej mapy, a być może w ogóle za przenosinami na nową „planszę”.

W opinii przedstawiciela partii republikańskiej problemem do rozwiązania jest istnienie ziem niczyich oraz lądów-efemeryd. Środkiem mającym rozwiązać ten problem miałaby być konferencja rządów i kartografów, a efektem końcowym – mapa skompresowana lub całkowicie nowa. Pomysł spodobał się najaktywniejszemu współcześnie kartografowi, Prezydentowi Unii Trzech Narodów – Kasparowi Waksmanowi:

Wspomina on w nim (programie wyborczym – przyp. red.) m.in. o zorganizowaniu ogólnego zjazdu dla kartografów Pollinu, w celu ostatecznego rozwiązania problemu z ziemiami niczyimi i terytoriami rysowanymi jak „na odwal się”. Mówi on też o pomyśle stworzenia od podstaw całkowicie nowej mapy Mikroświata – pomysł ten popieram w 1000%.

Rezygnacja z kandydowania w wyborach przez Williama Oxlade-Chamberlaina pozwoliła natychmiast zapomnieć o tej propozycji, jednak warto zastanowić się, czy miałaby ona jakiś sens. By to stwierdzić warto uzmysłowić sobie czym są zdefiniowane przez tego republikanina problemy.

Ziemie niczyje to terytoria bez przynależności państwowej lub za takie uważane przez opinię międzynarodową. Dzieje się tak wtedy, gdy np. na ziemiach niczyich zrodziło się quasipaństwo/państwo nieuznawane, które, choć faktycznie zajmuje dany obszar ziem niczyich, to jednocześnie jest postrzegane w większości stolic świata wirtualnego jako twór, którego nie należy traktować poważnie, gdyż w większości przypadków takim tworem jest (o czym decyduje tylko i wyłącznie krótki czas istnienia takiego tworu, a ten zaś jest pochodną słomianego zapału twórców). Warto także dopowiedzieć, że ziemie niczyje nie przedstawiają żadnej wartości politycznej, społecznej czy ekonomicznej, do momentu, aż ta wartość nie zostanie im nadana z zewnątrz, a więc nie zostaną poczynione inwestycje, aby charakter ziem niczyich zmienić. Nie trzeba przecież mówić, że na wirtualnych ziemiach niczyich, w przeciwieństwie do realnych, nie ma żadnych zasobów – ani ludności, ani złóż surowców, ani ośrodków jakiejś siły, które występują tam samoistnie. Stanowią one, jak to trafnie określił Oxlade-Chamberlaina – puste plamy. Te dziury zabite dechami są przedstawiane na międzynarodowych mapach politycznych właśnie w ten sposób – jako ziemie, których nie da się nijak opisać; jako ziemie, które wyglądają dokładnie tak samo. Sam Mikroświat, jako zbiorowisko państw wirtualnych, ma rzekomo cierpieć na tym, że takowe ziemie istnieją, gdyż stanowią one przeciwieństwo mikronacyjnej idei. Krótko mówiąc: ziemie włączone do podziału politycznego świata wirtualnego symbolizują życie, zaś ziemie niczyje symbolizują śmierć. Z tego powodu William Oxlade-Chamberlain proponował, aby zostały one usunięte.

Chociaż każdy z nas życzyłby sobie, aby ziem niczyich nie było wcale (czytaj, by ciągle było tyle państw wirtualnych, które nieustannie zajmowałyby wszystkie ziemie lub tworzyły się na ziemiach niczyich zaraz po tym, jak te zostałyby zwolnione przez państwa upadłe, tak jak to ma miejsce w realu, który nie zna tutaj próżni), to one występowały i występują w Mikroświecie niemalże od początku jego istnienia. W jego dziejach istniały już setki państw, które nie zabierały swojego lądu z sobą do grobu, ani też w miejsce upadłego państwa nie powstaje natychmiast nowe, które zajmuje terytorium państwa upadłego. Ponadto z uwagi na zerową wartość bezludnego obszaru ziem niczyich także państwa istniejące w momencie upadku jednego z nich nie są chętne do obejmowania tych ziem w swoje władanie, gdyż ich ożywienie i aktywizacja są kosztowne i same z siebie nie dają żadnych korzyści. Można to porównać do historii podziału politycznego Płw. Arabskiego, którego wnętrze zajmuje pustynia, przez całe stulecia nie prezentująca żadnej wartości ekonomicznej i demograficznej. Jedyne państwa na półwyspie przez długi czas istniały tylko na jego wybrzeżach, ponieważ nie miało znaczenia to, czy jałowe wnętrze półwyspu do nich należy czy nie, skoro jego wartość była zerowa. Dopiero ogromny postęp cywilizacyjny oraz odkrycie na tym obszarze złóż surowców sprawiło, że nawet pustynia zyskała wartość. W mikronacjach taki cud się jednak nie zdarzy, dlatego zajmowanie się ziemiami niczyimi, zawsze niemającymi wartości, to strata czasu i energii.

To może chociaż warto zbudować nową planszę dla wygody kartografów i estetyki prezentacji państw istniejących? Miałoby to sens tylko w jednej sytuacji – jeżeli ktokolwiek, kto przyłożyłby do tego rękę, dałby gwarancję, że na nowej planszy już nigdy nie powstanie żadna ziemia niczyja, czyli że już nigdy żadne państwo nie upadnie, a jeśli upadnie, to jego ziemie zostaną automatycznie zajęte przez inne państwa. Z oczywistych powodów oraz tych opisanych wyżej nikt takiej gwarancji nie da, a więc podejmowanie wysiłków, aby chociaż na chwilę nowa plansza była zgrabna i estetyczna, to znów strata czasu i energii.

Czy w takim razie dojście do wniosku, że zajmowanie się ziemiami niczyimi to strata czasu i energii, powinno nas skłonić do zaniechania organizacji międzynarodowych konferencji politycznych i naukowych trudniących się tą problematyką? Moim zdaniem to zależy od celu takiej konferencji. Jeżeli danej konferencji przyświecałoby tworzenie wartości dodanej – warto taką konferencję zrobić. Jeżeli zaś jej ideą byłoby kasowanie czegoś – nie warto sobie nią głowy zawracać. Co mam na myśli? W 1885 roku w Berlinie spotkały się mocarstwa kolonialne, które podjęły decyzję o rozbiorach „pustej” Afryki, rozpoczynając tym samym wyścig o podporządkowanie sobie całego kontynentu. Był on pusty tylko w tym sensie, że nie było tam państw i granic, które te mocarstwa by uznawały. Były tam jednak ziemie, bogactwa, ludność, kultura (tymi dwoma ostatnimi mocarstwa niezbyt się akurat przejmowały). Jeżeli mikronacyjne ziemie niczyje byłyby podobne do realnej „pustej” Afryki, to konferencja, nawet w celach ich rozbioru, miałaby sens. Nie ma jednak sensu taka, która ma poruszyć sprawę nie tyle rozbioru ziem niczyich, co ich demontażu z przyczyn estetycznych.

Gdzie w takim razie szukać wartości dodanej, która mogłaby powstać na konferencji m.in. w sprawie ziem niczyich? Należy jej szukać np. w rzetelnej informacji naukowej, w poprawianiu standardów kartograficznych, w wymianie doświadczeń związanych z przygotowywaniem i prezentowaniem wyników badań geograficznych. Wymieniam akurat te obszary, ponieważ główne niedostatki wydawanych map międzynarodowych w Mikroświecie, dotyczą słabej jakości map, braków w dostępie do wiedzy, słabego rozpoznania sytuacji. Kartografowie i rządy mogliby się ze spotykać, aby rozwiązywać te właśnie problemy. Na taką konferencję sam chętnie bym się udał.