Królestwo z nowymi elitami po resecie

W tym wydaniu Tygodnika Luindorskiego gościmy wicehrabiego Williama Oxlade-Chamberlaina, deputowanego do Parlamentu Królewskiego, członka Towarzystwa Optymatów, a od niedawna również obywatela Księstwa Furlandii i Luindoru.


Daniel von Witt: W maju miną dwa lata od chwili, gdy dołączył Pan do Królestwa Dreamlandu. Czym różni się dla Pana Królestwo dzisiejsze od tamtego? Jak ocenia Pan przeobrażenia naszego kraju oraz własny w tym udział?

William Oxlade-Chamberlain: Obserwujemy spowolnienie i narastającą frustrację obywateli. Przyczyn jest co najmniej kilka. Jeśli chodzi o statystyki, wciąż jesteśmy na dużym plusie, prawdopodobne tuż za Sarmacją, ale to w tej chwili nie ma większego znaczenia. Trwa odcinanie kuponów od niedawnego przyspieszenia, jakaś gra na przeczekanie. Kraj nie ma lidera i to niestety widać na każdym kroku. Wydaje mi się, że znaleźliśmy się na zakręcie, w przededniu jakiegoś przesilenia. Jeśli o mnie chodzi, to w tej chwili próbuję mocniej zaangażować się na poziomie prowincji, gdzie trafiłem na zaangażowanych gospodarzy z pomysłem na działanie. Poziom centralny pozostaje dla mnie domeną procesów, na które nie mam większego wpływu i których po prostu nie rozumiem lub jedynie domyślam się ich charakteru. Moje pytania kierowanej do Jej Królewskiej Mości trafiają w próżnię. Rząd właśnie się rozsypał. Szkoda mi premiera. W lepszej sytuacji kadrowej mógłby rozwinąć skrzydła, a tak musi na bieżąco łatać dziury i zajmować się de facto wszystkim – sprawami zagranicznymi, polityką krajową, legislacją rządową i kulturą. To nie do udźwignięcia przez jedną osobę i chyba dobrze, że do końca kadencji pozostało już tylko 40 dni.

Daniel von Witt: Przeczą temu jednak Pańskie działania. Z tego co można zaobserwować, to chętniej angażuje się Pan jednak w debaty na szczeblu federalnym, a czy to w poprzedniej, czy w obecnej prowincji, był i jest Pan obecny raczej symbolicznie. Ba! Jeśli szukać Pana na jakichś stanowiskach państwowych, to właśnie na tych federalnych. Jak to odczytywać? Nie chce Pan działać w skali federalnej, ale tu jest największe pole do komentowania bieżących wydarzeń?

William Oxlade-Chamberlain: Podpowie mi Pan, co miałbym teraz zrobić, by go uspokoić? Zostać burmistrzem i czekać na falę mieszkańców, którzy przymkną oko na państwo, które dryfuje bez celu i nie prowadzi polityki imigracyjnej? Dopiero przeniosłem się do Księstwa, proszę dać mi chwilę na rozruch. Chciałbym nawiązać współpracę z de Viriesem, który jest najbardziej wartościowym nabytkiem ostatniego półrocza. Póki co pochłonęła mnie absurdalna „polemika” z królową, ale to już rozdział zamknięty. Zanim usiądę do wioseł, wolałbym wiedzieć, dokąd płyniemy jako całość. Jest jeszcze coś. Trudno angażować się w jakiejkolwiek prowincji, gdy nie istnieją dobre wzorce i modele działania – póki co wszyscy zostają burmistrzami jednoosobowych miast i niemożliwością wydaje się zebranie kilku osób pod jednym szyldem. W obecnej sytuacji kadrowej nowym obywatelom od razu proponuje się gabinet w ministerstwie lub angaż na Dworze Królewskim. Trudno z tym konkurować i zdecydowanie nie zamierzam tego robić. Zostałem szeregowym mieszkańcem klimatycznego miasteczka Geldberg i planuję włączyć się w jego rozwój – spróbuję z jakimś biznesem narracyjnym, może popiszę do lokalnej prasy. Póki co przeniosłem tu klub z Elfidias. Będę również zachęcał innych mikronautów do przenosin do Księstwa. Docelowo chciałbym zająć się czymś w rodzaju skautingu poza granicami naszego państwa – pozyskiwaniem nowych talentów dla miasta i prowincji.

Daniel von Witt: Widziałem Pańską konsternację po tym, gdy dotychczasowy Minister Kultury stwierdził, że promocja jest zbędna. Teraz żałując Premiera mówi Pan, że sam zamierza zająć się promocją i nieco wyręczać rządzących. Czy uważa Pan, że Księstwo Furlandii i Luindoru, a szerzej także Królestwo, jest dziś w stanie absorbować takich „szeregowców” jak Pan?

William Oxlade-Chamberlain: Domyślam się, że chodzi Panu o zupełnie nowe osoby. Tymczasem problemem jest zatrzymanie tych, którzy już tu trafili, a swoją obecność zaznaczają jedynie przy okazji wyborów lub w wątku powitalnym. To w tej chwili blisko połowa obywateli. Przyczyn jest kilka, wspólnego mianownika szukałbym w słowie „hermetyzm”. Wszystkie drobniejsze elementy – kultura dyskusji, zaniechanie polityki informacyjnej, irytująca postawa władz – sprawiają, że Dreamland jest nieprzystępny, niezrozumiały. Po prostu hermetyczny. W takim środowisku gubi się nawet Karbiak, ale to akurat działa na niego jak afrodyzjak. Mnie osobiście najmocniej boli wrażenie, że obecnym władzom Dreamlandu na niczym nie zależy, co przekłada się na brak długofalowego planu działania. Królowa walczy w tej chwili już tylko o odejście z twarzą, dogorywający rząd lewicy, w którym pozostał już tylko jeden człowiek lewicy, pozostawi po sobie kilka administracyjnych drobiazgów i szeroki pas spalonej ziemi. Obawiam się, że Królestwa, przynajmniej w jego w obecnej postaci, nie mógłbym z czystym sumieniem polecić żadnemu z moich znajomych. Czekam na lepszy moment, w którym bez zażenowania będę mógł podesłać komuś link do naszego forum.

Daniel von Witt: Ma Pan jakieś przewidywania co do tego „przesilenia”? Co może nastąpić i w jakim horyzoncie czasowym?

William Oxlade-Chamberlain: W kuluarach trwają rozmowy o możliwych opcjach działania. Horyzontem są wybory zaplanowane na koniec marca. Pozostaje palący problem kuriozalnego panowania Karoliny Aleksandry. Do samego końca byłem przekonany, że skoro Królowa właśnie ogłosiła listę priorytetów do realizacji w najbliższych dwunastu tygodniach, to regencja nie jest brana pod uwagę. Okazało się, że chodziło jedynie o zamknięcie ust krytykantom, uspokojenie emocji, rzucenie czegoś na żer, co nie byłoby głupim pomysłem, gdyby wykonanie było lepsze. Co będzie dalej? Pewnie jednak abdykacja, bo co może zmienić trzytygodniowy urlop, poza chwilowym zejściem z linii ognia?

Daniel von Witt: Regencję Pan wyprosił lub wywróżył, więc może i ta abdykacja wcale nie jest czymś kuriozalnym. Ale nawet gdyby miała nastąpić kiedyś w bliżej nieokreślonej przyszłości, to jak Pan sądzi, Karolina Aleksandra będzie odczuwała niedosyt, że rozminęła się lekko w czasie z elekcją książęcą, i dostała ten gorszy (pewnie z swojej perspektywy), tron? A może dla Sarmatów to zbawienne, że Karolina Aleksandra wylądowała jednak u nas, a nie u nich?

William Oxlade-Chamberlain: Niedosyt na pewno odczuwa. Miałaby duże szanse na wybór. Może nawet większe niż Robert Fryderyk, o ile ten w ogóle zdecydowałby się w takiej sytuacji zaryzykować. Tyle że w tej chwili jesteśmy mądrzejsi o pół roku królewskich rządów Karoliny Aleksandry w Dreamlandzie. Nie chcę się powtarzać, więc powiem tylko, że sierpniowa decyzja dreamlandzkich seniorów uratowała Sarmację przed katastrofą. Możliwe, że Karolina Aleksandra kiedyś jeszcze zasiądzie na tronie sarmackim, mądrzejsza o doświadczenia wyniesione z Dreamlandu. Ale czy faktycznie mądrzejsza? Myślę, że nawet wówczas sięgnęłaby po sprawdzony model komunikacji z obywatelami-kumplami: „Piję za Was Sowietskoje Igristoje. Wiem, że nie jest to wyrafinowany alkohol, ale tylko na tyle mi w chwili obecnej pozwala budżet. Jest to jednak alkohol”. Taką ją zapamiętamy: bełkoczącą o piciu i stale przepraszającą za sam fakt, że istnieje. Antyfigura króla-głowy państwa.

Daniel von Witt: Czy Pańska zwyżka w aktywności potrwa na tyle długo, by zdołał Pan aktywnie włączyć się w marcową kampanię wyborczą jako członek sztabu wyborczego, a może i główny zainteresowany fotelem Premiera?

William Oxlade-Chamberlain: Kandydować na premiera nie będę – i to jest dobra wiadomość, zwłaszcza dla mnie, bo nie mam zdolności przywódczych, i słabo u mnie z czasem wolnym. Wszystko wskazuje jednak na to, że wiosną do wyborów stanie poważny kandydat. Będę mu służył wiedzą z kilku obszarów, na których się trochę znam. Czuję się szarym przedstawicielem „klasy średniej”, raczej konsumentem niż producentem, który lubi stanąć z boku i popatrzeć na ciekawe widowisko. Tyle że w mikronacjach nie bardzo jest miejsce na takich niezaangażowanych obserwatorów. Państwo wirtualne bardzo dużo wymaga i jednocześnie daje raczej niewiele, zwłaszcza osobom nieco starszym, które oczekują przynajmniej zachowania pewnych pozorów atrakcyjnej i dynamicznej zabawy „na poziomie”, a jednocześnie wciąż czują się na tyle młode, że mają ochotę i możliwość w coś „pograć” wieczorami. Nie jestem już nastolatkiem, właśnie odbębniłem studia, pracuję przez 2/3 dnia, i mam swoje oczekiwania co do jakości rozrywki i czasu wolnego. W sporach prowadzonych na memy i grypsy oraz zabawie na wymyślanie nazwy dla królewskiego wina czy okrętu nie biorę udziału, bo po prostu tego „nie czuję”. Zostaje mi niewiele opcji, głównie w obszarze polityki i prasy politycznej, którą lubię sobie poczytać, nawet jeśli nie zgadzam się z punktem widzenia autora. Po tych blisko dwóch latach obecności w Dreamlandzie chyba mogę w końcu powiedzieć, że czuję się tutejszy, że jestem Dreamlandczykiem. Wsiąknąłem i żyję problemami Dreamlandu. Nie zamierzam więc odpuszczać, chyba znalazłem swoją niszę.

Daniel von Witt: Czy stawszy się Dreamlandczykiem pod każdym względem, wsiąknąwszy w naszą społeczność, jest Pan w stanie dostarczyć wszystkim większej nieprzewidywalności? Dodać coś trwałego (a czego brak – brak chęci do tworzenia się Panu czasem zarzuca) do kociołka z tą zupą, przez co zmieniłaby ona smak lub konsystencję?

William Oxlade-Chamberlain: Nie wiem, czy mogę dostarczyć „nieprzewidywalności”. Nie jestem typem czy premiera Radzieckiego, Senancoura czy Pana, a więc ludzi, którzy stale zaskakują jakimś nieoczekiwanym zwrotem, inicjatywą czy artykułem prasowym, który wywołuje lawinę. Chyba wolę stawiać na „solidność” i „przewidywalność”. To również dobre i społecznie użyteczne kategorie.

Daniel von Witt: Próbował Pan w przeszłości tworzyć partię liberalną – pomysł nie przekuł się w żaden projekt. Dlaczego? I czy nie zamierza Pan do tego wrócić? Widać przecież wyraźnie, że społeczeństwo jest znudzone lub rozczarowane oboma głównymi siłami politycznymi. Nie ma szans na nic nowego?

William Oxlade-Chamberlain: Z pomysłem powołania partii politycznej o profilu liberalnym wyszedłem późną jesienią 2016 roku, czyli dość dawno. Miała to być opcja centrowa, umiarkowana, adresowana do osób, którym nie było po drodze z żadnym z dwóch największych partii, które wówczas rozgrzewały dreamlandzką scenę polityczną do czerwoności, czyli Klubu Politycznego św. Augustyna i partii komunistycznej. Chyba sam nie wiedziałem do końca, co to ma być – ot, typowy przejaw „głośnego myślenia”, próba wstrzelenia się w jakieś „pomiędzy”. Od tamtego czasu zmieniło się wszystko. Zmieniło się również moje mikronacyne „ja”. W ciągu ostatniego roku zbliżyłem się do pozycji umiarkowanie konserwatywnych, choć nie jest to konserwatyzm doktrynalny, a czysto sytuacyjny, podyktowany okolicznościami zewnętrznymi. To po prostu efekt wahadła, reakcja na bezideową, zaskakująco partacką politykę Korony i nieco trollerskie ruchy Rządu, którzy poczyna sobie u nas jak kolonista na wybrzeżu nieznanego kontynentu. Konserwatystą nie jestem, ale uważam, że to i owo z zasady warto zachować, by nie obudzić się na bezludnej wyspie technokratów. W tej chwili najchętniej podpisałbym się pod XVIII-wiecznym programem liberalizmu arystokratycznego. Czyli – pielęgnujemy pewien zestaw wartości, zachowujemy przynajmniej niektóre zwyczaje i lokalny folklor, który wypracowywano tu przez lata, a którego nie zmieniamy co kadencję dla samej zmiany i „dziania się”. Budujemy etosowe elity – na przykład szlachtę, której przywracamy kodeks i realne znaczenie – ale jednocześnie prowadzimy całkowicie liberalną politykę wewnętrzną, zwłaszcza w odniesieniu do moderacji na forum. Podnosimy poprzeczkę dla kandydatów na obywatela. Decydujemy się na urząd kadencyjnej i wybieralnej głowy państwa. Może to być król, a może konsul. Quasi-republikański, choć wciąż monarchiczny Konsulat Dreamlandu, otwarty na projekty unifikacyjne z innymi państwami. Tak bym chyba to streścił.

Daniel von Witt: Czy Pana zdaniem, bazując na obecnych zasobach Królestwa, jest w nim miejsce na nową formację polityczną?

William Oxlade-Chamberlain: Taka formacja zapewne wkrótce powstanie. Jak wspomniałem wyżej – tego właśnie dotyczą rozmowy kuluarowe. A jeśli jeszcze nie będzie to partia z prawdziwego zdarzenia, to zapewne jakaś inicjatywa okołowyborcza, w której zaproponujemy pewien program uzdrowienia sytuacji na dziś. Nie dziś, to jutro.

Daniel von Witt: W jaki sposób stworzyć takie elity? I czy w ogóle da się to zrobić w społeczeństwie dość mocno odprężonym za sprawą kręgów, których Dreamland jeszcze parę lat temu w ogóle nie znał lub zdążył o nich zapomnieć?

William Oxlade-Chamberlain: Elity wyłaniają się w dużej mierze sposób samoistny. Status materialny nie ma znaczenia, klasy nie istnieją, podstawowym kryterium podziału są preferencje polityczne. Ludzie przychodzą tu na ogół z określonymi poglądami, na ogół jako zdeklarowani monarchiści lub zdeklarowani lewicowcy. To, co możemy spróbować zrobić, to zatrzymać nowych obywateli. Tak długo, jak się da, by oswoili się ze specyfiką naszego środowiska, liznęli trochę lokalnego zwyczaju i poznali przynajmniej najnowszą historię, zanim zabiorą się za burzenie „starego porządku” i budowanie nowego. To, czego należałoby się natomiast wystrzegać, to „dewirtualizacja” wzajemnych relacji, co często następuje już na starcie. Odpuśćmy facebooka i wyciąganie się na piwo. Wykreowany wizerunek mikronauty nie wytrzymuje konfrontacji w świecie realnym. Czar bezpowrotnie pryska.

Daniel von Witt: Od niedawna jest Pan członkiem Towarzystwa Optymatów, ale i to niespecjalnie żwawo rusza się w przestrzeni publicznej. Jaki ma być Pański wkład w budowę tej drugiej organizacji i czym się Pan kierował wstępując do tego stowarzyszenia?

William Oxlade-Chamberlain: Tutaj nie liczyłbym na zbyt wiele. Towarzystwo Optymatów to, przynajmniej w moim odczuciu, rodzaj dyskretnego klubu dżentelmenów, którzy we własnym gronie dbają o zachowanie pewnych standardów. I tyle. Kto chce, niech dołączy i usiądzie z nami przy kominku ze szklaneczką whisky. Po szczegóły odsyłam do Jego Królewskiej Wysokości Alfreda, którego publiczna postawa jest tu pewnym wzorem. I właśnie o to chodzi – dać świadectwo, że można inaczej.Reakcje obywateli były do przewidzenia. Wdeptano nas w ziemię, obśmiano,napiętnowano jako smutnych palantów oderwanych od życia. A przecież nie prowadzimy aktywnej krucjaty przeciwko „zdziczeniu”, o którym chętnie pisze Pan na łamach „Tygodnika”, czy za co krytykuje się Dreamland zagranicą. Język w przestrzeni publicznej uważam w tej chwili za problem drugorzędny, w każdym razie za niezbyt pilny. Wolę sędziego Alusia i ministra Ipanienkę, których wypowiedzi dodają pieprzu do naszych dyskusji, niż Karolinę Aleksandrę, zaabsorbowaną jedynie tym, co myślą o niej i piszą w Sarmacji. Nic mi po elokwentnej władzy, która nie reaguje na publiczne pytania i monity.

Daniel von Witt: Z kolejnych Pańskich odpowiedzi, jak również publicznych głosów wynika, że najwięcej do zarzucenia ma Pan Jej Królewskiej Mości. Gdy została Królową – cieszył się Pan. Jak wyobrażał Pan sobie to panowanie i czy obserwując JKM jest Pan w stanie uwierzyć, że sprawy mogą ulec polepszeniu?

William Oxlade-Chamberlain: Skala rozczarowania jest ogromna. Byłem entuzjastą wyboru Karoliny Aleksandry na tron. W tamtej sytuacji, po niemalże wymuszonej na JKW Alfredzie abdykacji, wydawało się to wręcz strzałem w dziesiątkę. „Obcy” na dreamlandzkim tronie, człowiek spoza systemu, nieuwikłany w wyniszczający spór plemion, w dodatku powracający do mikroświata po rocznej nieobecności. To mogło się udać. Za Sarmatką ciągnęła się dodatkowo cała ta legenda „diuczessy-wspomożycielki”, aura mediatorki i specjalistki od trudnych relacji. Tron królewski nie jest jednak urzędem funkcjonującym poza kontekstem politycznym, nie da się go utrzymać za pomocą „gestów” i pozorowania ruchu, jednie zagadując i odwracając uwagę plebiscytami czy konkursami. Przeciwnie – Korona jest hiperpolityczna i wymaga określonych umiejętności kreowania wydarzeń na skalę ogólnokrajową. Przede wszystkim trzeba jednak podejmować decyzje polityczne o strategicznym znaczeniu dla państwa. Karolina Aleksandra przespała pierwsze tygodnie, które były absolutnie kluczowe – wtedy należało bezboleśnie zamknąć choćby sprawę Awary, ogłosić królewską agendę i hierarchię priorytetów, uporządkować doktrynę zagraniczną, zbudować zespół. Nic takiego nie nastąpiło, choć przecież nie można powiedzieć, że królowa w tym czasie milczała. Bynajmniej. Zamieniła dreamlandzką politykę w magiel towarzyski, a nawet sama się stała częścią tego magla. Po sześciu miesiącach panowania wiemy na pewno tyle, że elokwentna Królowa byłaby świetną redaktorką tabloidu, ale do zarządzania ludźmi jeszcze się nie nadaje. Jest typem członka zespołu, ale nie lidera. Potrzebuje jasno wytyczonych zadań. Byłaby świetnym marszałkiem dworu innego monarchy. Jest jednak tam, gdzie jest i popełnia coraz więcej błędów, nie uczy się na starych i co najmniej od grudnia zdradza wszystkie symptomy wypalenia. Czy zdoła odbić się od dna i odzyskać społeczne zaufanie? Nie zdoła. Będzie jednak starała się odejść z twarzą, zminimalizować straty wizerunkowe, zakończyć panowanie jakimś okazałym fajerwerkiem. Czymś takim mogłaby być unia z Wandystanem lub zaproponowanie nowej konstytucji, która radykalnie zmieniałaby ustrój państwa (na przykład wprowadzała wolną elekcję czy model zarządzania kolegialnego).

Daniel von Witt: Podsumowują powyższe, jak, bardzo ogólnie rzecz biorąc, przejdziemy przez 2018 rok?

William Oxlade-Chamberlain: Z kalendarza wyborczego wynika, że w tym roku trzykrotnie będziemy wybierać premiera. To zawsze okazja do odświeżenia sceny politycznej – tutaj spodziewam się ostatecznego zakończenia rozdziału pod tytułem „wandeizacja” i przechyłu w kierunku prawicowym, z rosnącą bazą dla ugrupowania centrowego. Potencjał transferowy na linii MW-KD został już chyba wyczerpany. Trafili tu już niemal wszyscy i niemal wszyscy wrócili do siebie. Kluczowa będzie tu postawa premiera Radzieckiego. Czy odpuści, po zakończeniu obecnej kadencji, czy może spróbuje odbudować obóz lewicy? Jeśli odpuści, a jednocześnie nie wyłoni się młodszy lider, Królestwo stanie się dużo uboższe i po prostu słabsze – rządząca prawica nie będzie miała się przeciwko komu mobilizować, nie będzie też dostatecznie zmotywowana do bieżącej pracy, bo z etosem i samodyscypliną od dawna jest bardzo słabo. Po obu stronach. Tyle o rządzie. Myślę, że jeszcze w tym roku poznamy imię nowego króla i tym razem wielkiego zaskoczenia nie będzie. Obstawiam, że stanie się to jeszcze przed sierpniem, by dać czas następcy na przygotowanie się do święta – głównego punktu w tegorocznym kalendarzu. Wiele zależeć będzie od tego, w jaki sposób uczcimy dwudziestolecie państwa. Mam nadzieję, że nie skończy się na jednym schematycznym evencie – to powinno być święto całego mikroświata, okazja do podsumowań, bilansów, może nawet do wygaszenia pewnych sporów. Dwudziesta rocznica powstania Dreamlandu może być momentem nowego resetu, okazją do pokazania się z tej lepszej strony. Przez ostatni rok pokazywaliśmy wyłącznie tę gorszą. Również w wymiarze wewnętrznym jest tu dużo do ugrania – bonus do morale obywateli, może również jakiś bonus demograficzny. Dla wielu dawnych mieszkańców będzie to przecież powód, by ponownie zajrzeć do Królestwa. Może niektórzy zostaną na dłużej? Stawka jest duża, o ile tylko mądrze rozegramy kartę „najstarszej polskiej mikronacji”. Mądrze, to znaczy bez nadymania się. To nie może być święto „I Świata”, pogardliwie odwróconego od „III Świata”.

Daniel von Witt: Dziękuję za rozmowę.