Bracia (zbyt długo) kontemplują

Jak pisaliśmy w poprzednim numerze, styczeń br. upłynął w Królestwie również pod znakiem awantury w sławnym Suwerennym Bractwie Wielkiej Małpy. Awantury, która ogniskowała się wokół osoby Kacpra ben Chatlińskiego – sarmackiego skazańca, trolla i maniaka na punkcie Wielkiej Małpy. Byłoby jednak niesprawiedliwością i manipulacją poprzestać na wymienieniu tylko tych jego ról. Jak się z biegiem kolejnego miesiąca okazało Kacper ben Chatliński wnosił wiele dobrej energii nie tylko w życie organizacji religijnej, którą założył, ale również w życie publiczne i kulturalne Królestwa. Dlaczego?

Najpierw wypada przyjrzeć się Bractwu, które zostało po usunięciu ben Chatlińskiego z funkcji Wielkiego Patriarchy (kierownika tej organizacji). Jego następcą został David de Korsei, członek Klubu Politycznego św. Augustyna i do niedawna minister rządu Auksencjusza Butodzieja-Witta, na wyniesienie którego do godności Wielkiego Patriarchy nie godził się jego poprzednik, i o co m.in. została wszczęta cała ostatnia chryja wokół tego związku wyznaniowego. Jak się bowiem okazało z perspektywy (ledwie) miesiąca czasu to Kacper ben Chatliński miał rację przestrzegając, że David de Korsei zrujnuje Bractwo. W ścisłym tego słowa znaczeniu to się jeszcze nie stało, jednakże pozostali w związku bracia (de Korsei i ben Grozny) pogrążyli się w stanie głębokiej kontemplacji nad tym, czym Bractwo ma być w przyszłości. David de Korsei poddał sprawę przyszłości swojego związku wyznaniowego pod debatę publiczną, co mogłoby wskazywać na to, że większego pomysłu na Bractwo nie miał. Czas pokazał też, że nie miał również woli i czasu, by związkiem należycie się zająć. Doprowadziło to ostatecznie do pogrążenia się organizacji wyznawców Wielkiej Małpy w stan marazmu i uśpienia. Od kilku tygodni w alhambryjskiej siedzibie braci nic się nie dzieje, a na domiar złego Wielki Patriarcha przepadł bez śladu.

Nie sądzę, by sprawy w Bractwie przybrały taki obrót, gdyby Kacper ben Chatliński wciąż był Wielkim Patriarchą. Jestem pewien, że w dalszym ciągu byłoby śmiesznie, żywo, ale też dziecinnie. Za swój emocjonalny stosunek do sprawowanej funkcji, rozbójnictwo na forum, ośmieszanie organizacji oraz przesadne politykowanie Kacper ben Chatliński został przez swych braci odsunięty od zarządzania tym związkiem religijnym. Jednak upływający czas wystawia samemu Bractwu sowity rachunek za decyzję o usunięciu Chatlińskiego. Być może dziś Bractwo byłoby jednym z aktywniejszych podmiotów prywatnych, który na trwałe wpisywałby się w lokalny krajobraz kultury Unii Saudadzkiej. Być może też szalejący Kacper ben Chatlińśki ściągnąłby na siebie uwagę służb porządkowych Królestwa, i tak czy owak został pozbawiony swych wpływów? Tego już się nie dowiemy. Wiemy jednak, że obecny stan Bractwa jest daleki od oczekiwań większości obserwatorów, zapewne najbardziej samych braci, którzy dla jego ratowania muszą w końcu się obudzić.