Bez patriotów będziemy stać w miejscu

Wojowniczy Minister Kultury Jezus Ipanienko, niezwykle zacięty w bojach na forum publicznym i święcie przekonany o racjach leżących po jego stronie, zachowując stołek rządowy po batalii w sprawie wyrażenia przez Parlament Królewski wotum nieufności wobec niego, ostatecznie, ni stąd ni zowąd, zdecydował rzucić w diabły wszystkie swoje dreamlandzkie zabawki i powrócić do ukochanego Wandystanu. Można by sobie pomyśleć, że odniósł zwycięstwo i odszedł z Królestwa na własnych warunkach. To jednak tylko iluzja.

Nie jest żadnym sukcesem wyśliźnięcie się deputowanym rozważającym odwołanie ministra w trybie parlamentarnym po raz pierwszy od wielu lat. Wątpliwości co do zasadności pozostawania Pana Ipanienki w rządzie Radzieckiego nie wzięły się przecież znikąd. Od samego początku urzędowania język ex-Ministra Kultury w debacie publicznej pozostawiał wiele do życzenia, zupełnie tłamsząc osiągnięcia jego resortu.

Tak samo nie jest żadnym sukcesem demonstracyjne porzucenie Królestwa Dreamlandu, swych kolegów i swojego rządu, swych zobowiązań i swych osiągnięć, wyłącznie z powodów osobistych, by uprawdopodobnić w oczach opinii publicznej tezę, że atmosferę w Królestwie nie niszczył m.in. jadowity język ex-Ministra Kultury, ale rzekomo destrukcyjna i toksyczna moja osoba, która według Torkana Ingawaara dokonuje wręcz jakiegoś pogromu wśród swych przeciwników. Cóż, chciałbym mieć skuteczność w pozbywaniu się swych wrogów, jaką mi przypisuje Książę Skytji, jednak należy zdawać sobie sprawę z faktu jego zdolności bajkopisarskich oraz obsesji na punkcie usunięcia mnie z Królestwa. Obsesji większej nawet niż jego (iluzoryczna) nienawiść do „okupanta sarmackiego”, u którego zaangażowanie nieskytyjskiego Księcia Skytji wydaje się jakby większe niż to, które emanuje w Królestwie Dreamlandu, a w jego lennie zwłaszcza.

Nie pierwszy raz dochodzi do podobnego zachowania i podobnych zarzutów wobec mojej osoby. Tak jak było to już w przeszłości, tak i tym razem zjawisko dotyczy przedstawicieli lewicy, błędnych migrantów, internacjonalistów, dla których jakiekolwiek wzniosłe wartości, jak lojalność czy patriotyzm są całkowicie obce, lub wręcz wrogie. Na osobach tego pokroju nie można polegać i nie można powierzać im do realizacji ważnych, długoterminowych zadań, gdyż wystarczy drobny kaprys, aby takie persony sprowadziły się do poziomu przedszkolaków, gdy inni zaczynają bawić się zabawkami, które rzekomo należą się tym im samym, i zaczęły wybuchać płaczem, by z wielkim jazgotem i w przeświadczeniu o męczeństwie uciec, pozostawiając innych z problemami spraw, do których się zobowiązali, a z realizacji których już się nie wywiążą.

Taki profil ludzi wyróżnia się nie tylko kapryśnością, ale również wulgarnością, niechęcią do podejmowania pracy organicznej czy niechęcią do obiecywania czegokolwiek. Powód takiego zachowania jest oczywisty – znudzonemu internacjonaliście w każdej chwili mogą odwrócić się priorytety, dlatego do mikronacji podchodzi totalnie luzacko, bawiąc to tu to tam, przy okazji trochę trollując, trochę spamując. Postawę takiego mikronauty porównać można do letniego huraganu, którego siła jest największa wyłącznie w chwili zderzenia z lądem, po czym szybko spada i zanika całkowicie. Państwo liźnięte przez taki huragan jest zmasakrowane na swych obrzeżach i jedyne, co go czeka po zetknięciu z tym kataklizmem to sprzątanie i podliczanie strat. Tak samo jest z osobami typu Ipanienki (a wcześniej Iwanowicza czy Wileńskiej), które po zdewastowaniu jakiegoś cudzego podwórka rozpływają się nagle w powietrzu.

Opieranie filarów państwa na takich osobach świadczy o nieodpowiedzialności rządzących i rządzonych. Przykłada się w ten sposób rękę do zamieszania, a nie do rozwoju. Państwo, które notorycznie jest nękane huraganami nie zajmuje się systematycznym wzrostem i ekspansją – ono raz za razem liże swoje rany i odtwarza stan sprzed wystąpienia huraganu. To błędne koło. Zamiast więc cieszyć się z kolejnych przyjazdów błaznów z Wandystanu czy Sarmacji, należy kłaść nacisk na wychowywanie prawdziwych patriotów, którzy w momencie wystąpienia huraganu pośpieszą na pomoc, aby odbudowywać zniszczone tereny, na co dzień będąc zaangażowanymi poddanymi Korony, wykonującymi swoje obowiązki po cichu i sukcesywnie. Należy dokładać starań, aby na własnym gruncie tworzyć Dreamlandczyków dosłownie z niczego, którzy patrząc na swych przodków, będą od maleńkości nauczeni dreamlandzkości, która decyduje o ponadczasowym charakterze naszej ojczyzny.